Diagnoza....
Dokładnie trzy lata temu usłyszałam tę diagnozę. Diagnozę śmiertelnej choroby...
Dzisiaj próbuję sobie przypomnieć, co wtedy czułam... Chyba NIC. Po prostu NIC.
Kiedy pada słowo "rak" – co czuje człowiek w takiej chwili?
W chwili, która zmienia wszystko. W chwili, która natychmiast definiuje nasze życie na nowo, a mianowicie jako życie przed i po diagnozie.
Każda osoba przeżywa ten moment inaczej, ale pewne emocje są wspólne dla wielu z nas. Choć słowa, które pani doktorka wtedy wypowiedziała spokojnym, rzeczowym tonem, do mnie nie docierały. W głowie wybuchła cisza. Gęsta, paraliżująca cisza...
Pamiętam, że wyniki biopsji jeszcze nie były w systemie, dlatego pani doktor zadzwoniła do laboratorium. Akurat pracowano nad moimi próbkami. Pani doktor powtarzała i zapisywała jakieś dziwnie brzmiące skróty diagnozy. Powiedziała, że to bardzo źle wygląda. Szybko zadzwoniła na oddział onkologiczny o natychmiastowe przyjęcie.
Przerażona, zagubiona, samotna w tym wszystkim, zupełnie sama i w ogromnym szoku wyszłam z gabinetu lekarskiego. W głowie ciągle TA cisza. Mam płakać? Łzy mi chyba poleciały. Nie pamiętam...
Nagle korytarz opustoszał. Zniknęły tłumy zdenerwowanych ludzi. „Młoda kobieta, nowotwór typu XYZ – bardzo agresywny, w zaawansowanym stadium, z przerzutami, proszę o natychmiastowe przyjęcie na leczenie”. To zdanie pani doktor nieustannie brzmiało mi w głowie, kiedy dzwoniła na oddział onkologiczny.
Na początku bardzo często nie ma żadnych uczuć. Jest szok. Umysł się wyłącza, jakby ktoś nacisnął przycisk pauzy. Wprawdzie słyszałam kolejne zdania lekarki, ale nie potrafiłam ich połączyć w sensowną całość. „To chyba nie o mnie”, „To jakaś pomyłka”. Pojawia się wrażenie odrealnienia – jakby wszystko działo się jakoś obok.
„Ale jak to? Teraz? Przecież za tydzień lecę na wspinaczkę do Siurany, do Hiszpani. Za dwa miesiące do Maroka. Bilety lotnicze już dawno kupione. Nie teraz!!! Co mam robić??? Teraz nie, proszę!”.
Zaraz po szoku przychodzi fala strachu. Strach przed nieznanym, przed przyszłością, przed tym, co nas czeka. Czasem nagły i gwałtowny, czasem cichy, sączący się powoli. Lęk o życie. O dzieci. Przecież one jeszcze takie małe. Jeszcze tyle chciałam im pokazać, jeszcze tyle z nimi przeżyć. O ból, leczenie, zmiany w ciele. Pojawiają się pytania: "Co teraz?", "Jak będzie wyglądało moje życie?", "Czy dam radę?". To naturalne, że boimy się tego, czego nie znamy. Rak piersi nie jest tylko diagnozą medyczną – dotyka kobiecości, intymności, obrazu siebie. Pojawia się strach przed utratą piersi, włosów, sił, kontroli.
Bardzo często zaraz za lękiem idzie złość. Na ciało, które zawiodło. Na los. Na lekarzy, system, a czasem na siebie: „mogłam wcześniej”, „trzeba było zbadać”, „ignorowałam sygnały”. To złość bez adresata, chaotyczna, ale potrzebna – bo jest próbą odzyskania wpływu w sytuacji, w której wszystko wydaje się wymykać spod kontroli.
Są też chwile smutku i żalu. Za utraconą beztroską. Za planami, które nagle stają pod znakiem zapytania. Za poczuciem bezpieczeństwa, które jeszcze wczoraj było oczywiste. Pojawia się pytanie: „dlaczego ja?”, choć odpowiedź na nie nigdy nie przynosi ulgi. Tak naprawdę nigdy nie próbowałam szukać na nie odpowiedzi.
Niektórzy reagują odwrotnie – zadaniowo. W sekundę przechodzą w tryb działania: listy badań, terminy, statystyki, schematy leczenia. To też mechanizm obronny. Bo kiedy się działa, jest mniej miejsca na strach. Emocje często wracają później – nocą, w ciszy, gdy nie ma już kolejnych telefonów do wykonania.
Ważne jest to, że nie ma jednej właściwej reakcji. Nie trzeba być „dzielną”, „silną” ani „pozytywną”. Diagnoza raka piersi to wstrząs, a każda emocja – od paniki po zobojętnienie – jest naturalna. To nie słabość, to ludzka odpowiedź na zagrożenie.
Wiele osób wspomina, że najbardziej boli nie samo słowo „rak”, ale samotność w tej chwili. Nawet jeśli obok siedzi ktoś bliski. Bo nikt nie może przeżyć tego za nich. Dlatego tak ważne jest, by dać sobie prawo do czasu. Do płaczu. Do milczenia. Do zadawania tych samych pytań po sto razy.
Z czasem, bardzo powoli, w tym chaosie zaczyna pojawiać się coś jeszcze – ostrożna nadzieja. Nie od razu wiara w happy end, ale myśl: „skoro jestem tu, to będę walczyć”. Nadzieja, która nie krzyczy, tylko cicho towarzyszy kolejnym krokom.
Moment usłyszenia diagnozy raka piersi zostaje w pamięci na zawsze. Jest początkiem trudnej drogi, na której obok strachu pojawia się także siła, wsparcie i – paradoksalnie – głębsze poczucie sensu. I choć nikt nie chce znaleźć się w tym miejscu, wiele kobiet odkrywa, że potrafią unieść więcej, niż kiedykolwiek przypuszczały.
Następnego dnia rano miałam stawić się na oddziale onkologicznym, być może już na pierwszej chemioterapii. W szoku wymamrotałam do pani doktor onkolog: „Chemioterapia jeszcze nie, ale za trzy tygodnie, kiedy wrócę...”.
Komentarze
Prześlij komentarz